Osób na stronie:

7

Ks. Markiewicz na dziś:

Po Panu Jezusie i po Najświętszej Pannie jest św. Michał Archanioł największym dobroczyńcą ludzkości i on jest pewnym przewodnikiem dla błądzących, pociechą i pokrzepieniem dla upadłych, obrońcą i pocieszycielem dusz strapionych, dzielnym pogromcą duchów piekielnych i gorszycieli żyjących na ziemi, on opiekunem i przyjacielem ludzi schodzących z tego świata, a nawet po ich zejściu z tej ziemi.

Pogotowie modlitewne




      wersja do druku

Moja droga do kapłaństwa

Ks. Łucjan Łepek CSMA

Dla oprawienia jednej Mszy świętej warto poświęcić całe swoje życie

Wszystko zaczęło się gdy, mając 13 lat, w święto Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, pojechałem na odpust do Tucholi, miasta położonego w Borach Tucholskich około 25 km od wioski Sucha w której mieszkałem. Będąc na uroczystej sumie odpustowej, przyjąłem szkaplerz. W tym dniu, 16 lipca 1967 roku, oddałem się pod opiekę Matce Bożej, Królowej Polski i Naszej Matce. Następnego dnia, 17 lipca, odeszła do wieczności moja kochana mama. Od tej chwili zaczął się ciężki okres życia. Po szkole podstawowej, opuściłem dom rodzinny i udałem się do Grudziądza, gdzie podjąłem pracę w Grudziądzkim Przedsiębiorstwie Budownictwa Domów. Pracowałem tam jako malarz pokojowy.

Po pewnym czasie zorientowałem się, że tutaj nie otrzymam wykształcenia zawodowego. Wolne chwile spędzałem nad Wisłą i wpatrywałem się w bieg wody. Myśląc o własnym życiu zadawałem sobie pytanie: “Dlaczego ja jestem, dlaczego żyję?” i modliłem się, rozmawiałem z Bogiem. Tam spotkałem wspaniałego człowieka, który powiedział: “Powinieneś iść do szkoły. To nie jest twoje miejsce”.

Te słowa potraktowałem jako głos Boga. Szybko podjąłem decyzję i udałem się do Bydgoszczy. Tam podjąłem naukę w szkole zawodowej dla pracujących przy Bydgoskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego. W tym czasie mieszkałem w hotelu pracowniczym. Po 3 latach nauki zdobyłem zawód blacharza budowlanego i odbyłem służbę wojskową.

Podjąłem pracę w tym zakładzie jako magazynier. Pracując tam spotkałem wielu wspaniałych ludzi, którzy mi bardzo dużo w życiu pomogli. Jedni traktowali mnie jako syna, inni jak brata. Podjąłem naukę w technikum budowlanym dla pracujących. Pewnego dnia dyrektor poprosił mnie na rozmowę i zaproponował wstąpienie do partii.

– Skończysz Technikum a potem wyślemy cię na studia, otrzymasz mieszkanie – kusił dyrektor.

Odpowiedziałem:

– Bardzo dziękuję, ale ja juz decyzję podjąłem jako 13 latek i jej nie zmienię!.

W najbliższą sobotę po tej rozmowie udałem się na rozmowę do ks. proboszcza Hugona Kuchty, pracującego w mojej rodzinnej parafii. W czasie rozmowy powiedziałem mu, że pragnę zostać księdzem, ale dopiero zacząłem technikum.

– To bardzo dobrze. Postaram się odwiedzić cię w Bydgoszczy – powiedział ks. Hugon.

Po niedługim czasie przybył do mnie z ojcem werbistą z Laskowic, który po krótkiej rozmowie zaproponował, abym szkołę średnią skończył w miejscowości Chludowo koło Poznania.

– Napisz życiorys i podanie do ojca prowincjała – powiedział.

Tak tez zrobiłem. Bardzo szybko otrzymałem pozytywną odpowiedź: „Jesteś przyjęty do Zgromadzenia Księży Werbistów – przyjeżdżaj”.

Napisałem wypowiedzenie z pracy, przerwałem naukę w technikum i wybrałem się do werbistów do Pieniężna. Tam rozpocząłem nowicjat. Czas nowicjatu, czas modlitwy i rozmowy z Bogiem. Często tam zadawałem sobie pytanie: „Czy to jest to miejsce gdzie mam spędzić całe swoje życie?”. Po długich modlitwach i nieprzespanych nocach, w duszy słyszałem głos: „To nie jest Twoje miejsce”. W tym czasie natknąłem się na książkę ks. Michułki i przeczytałem historię życia ks. Markiewicza. Wtedy zadecydowałem, że zrealizuję się w Zgromadzeniu Księży Michalitów. Napisałem list do ks. dyr. Niższego Seminarium Duchownego w Miejscu Piastowym. Na odpowiedź nie czekałem długo. List był krótki: „Bardzo się cieszę, przyjeżdżaj natychmiast – ks. Ferdynand Ochała”.

Z tym listem udałem się do ojca magistra nowicjatu i oznajmiłem, że bardzo dziękuję za dobro które otrzymałem, ale to nie jest moje miejsce. Postanowiłem udać się do zgromadzenia całkowicie polskiego i zająć się wychowaniem młodzieży opuszczonej. Takiej z której i ja pochodzę. Ojciec magister po tej rozmowie trochę sie zasmucił i powiedział:

– Ktoś może chce cię wyrwać ze zgromadzenia?.

– Nie– odpowiedziałem – to jest list od Ks. Ferdynanda Ochały z Miejsca Piastowego.

Pożegnałem się. Następnego dnia spakowałem walizkę i udałem się pociągiem z północy na południe Polski do Miejsca Piastowego.

Przybyłem w porze popołudniowej. W progu domu przywitał mnie kleryk a teraz ks. Kazimierz Lorencowicz. Zaprosił mnie do rozmównicy i przyniósł obiad. Po niedługim czasie do pokoju wszedł ksiądz Ferdynand Ochała.

– O, jesteś. Bardzo dobrze. – powidział po gorącym przywitaniu – Czekałem na Ciebie. Jesteś już poważny, to udasz się do poważnej szkoły. Napisz podanie i życiorys do liceum ogólnokształcącego w Krośnie.

I tak przez 3 lata wypełniałem obowiązki nadawane przez przełożonych i uczyłem się w liceum w Krośnie.

Po pewnym czasie nadszedł czas kryzysu. Zauważył to ks. Wojciech Zięba. Zaproponował, abym pojechał z nim na zakupy do Krosna.

– Co z tobą się dzieje? Coś niedobrego? – zapytał po przyjacielsku.

– Nie mogę się odnaleźć w tym otoczeniu – odpowiedziałem smutno.

– To jest normalne – powiedział – na pewno będzie dobrze.

Tego dnia przyszedł do mojego pokoju ks. Wiesław Szpila, który obecnie jest misjonarzem na Arubie.

– Może byś mnie zastąpił na kilka dni przy opiece ks. Wincentego Stachowskiego? – zapytał. Zgodziłem się. Tą posługę pełniłem do końca szkoły średniej. Ten czas nie był stracony. Spotkałem kapłana, który osobiście znał Ojca Założyciela i z nim rozmawiał. Bardzo często rozmawialiśmy o charyzmacie i wielkiej miłości Ks. Br. Markiewicza. Każda rozmowa kończyła się zdaniem:

– Pamiętaj, jak bardzo będziesz pragnął kapłaństwa, to nic nie stanie na przeszkodzie.

Dziękowałem za każdy dzień rozmowy i spotkań z ks. Stachowskim. To był czas wspólnej modlitwy i pracy. Codziennie służyłem do Mszy św., którą ks. Stachowski, ze względu na swój wiek, odprawiał w pokoju ks. Br. Markiewicza. Był to kapłan Bożej miłości i wielkiego serca.

Po 3 latach zdałem maturę. Wielka radość i otwarcie drzwi do dalszej nauki. Otrzymałem błogosławieństwo ks. Wincentego i odjechałem do nowicjatu w Pawlikowicach.

Z Miejsca Piastowego wyjechało nas 5. Z tej małej grupy pozostałem sam. Czas nowicjatu to okres modlitwy, pracy duchowej i fizycznej. Po roku złożyłem profesję czasową i otrzymałem dekret kierujący mnie do Ośrodka Szkolno–Wychowawczego w Strudze. Tam pracowałem jako wychowawca. Byłem bardzo zadowolony. Robiłem to, na co tak długo czekałem.

W 1982 r. zostałem skierowany na studia do Krakowa. Na drugim roku filozofii miałem problemy ze zdrowiem. Odbiło się na moich ocenach – otrzymałem 3 dwóje. Zostałem skreślony z listy studentów. Myślałem, że to koniec. Do Seminarium przybył Ojciec Generał Aleksander Ogrodnik. Poprosił mnie na rozmowę.

– Co teraz chcesz robić? – zapytał.

– Nie wiem – odpowiedziałem.

– Pamiętaj, że jesteś lubiany przez wszystkich i myślę, że powinieneś zostać w Zgromadzeniu.

Podjąłem wtedy decyzję pozostania w Zgromadzeniu jako brat zakonny.

Przez 19 lat pracowałem tam, gdzie przełożeni mnie skierowali: Warszawa Bemowo – początek budowy kościoła. Po roku zostałem przeniesiony do Ośrodka Szkolno–Wychowawczego w Strudze. W tym czasie podjąłem naukę w Warszawie i ukończyłem studium pedagogiczne dla nauczycieli. W 1998 r., w święto świętego Józefa, złożyłem profesję wieczystą i otrzymałem dekret kierujący mnie do pracy w Wydawnictwie MICHALINEUM w Strudze. Pracowałem tam jako kolporter. Po niedługim czasie, w 1989 r., 7 listopada, Ojciec Generał Jan Chrapek, skierował mnie do Nuncjatury Apostolskiej w Warszawie, abym tam podjął obowiązki nakazane mi przez Nuncjusza Apostolskiego Józefa Kowalczyka. W tym czasie otrzymałem łaskę spotkania się z Bożym człowiekiem, którym był Jan Paweł II. Przez cały pontyfikat, wszystkie pielgrzymki, miałem jedyne pragnienie abym mógł się tylko dotknąć Ojca Świętego. Otrzymałem o wiele więcej. Spotkałem się i rozmawiałem krótko. Ale jakże to ważna rozmowa w moim życiu. Jego Ekscelencja ks. Arcybiskup Józef Kowalczyk przedstawił mnie jako brata michalitę pracującego w Nuncjaturze. Na to Ojciec Święty skierował do mnie słowa:

– Brat? Dlaczego jesteś bratem, a nie księdzem?

– Tak, jestem bratem – odpowiedziałem. Wtedy Ojciec Święty zdecydowanie do mnie powiedział:

– Ty zostań księdzem!

Tych słów nigdy nikomu nie powtarzałem. Należały do mnie. Od tamtego spotkania prosiłem przełożonych o wyrażenie zgody na studia teologiczne. Otrzymałem zgodę i podjąłem naukę na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie uzyskałem tytuł magistra teologii.

Zacząłem myśleć: “Teraz albo nigdy”. Prosiłem przełożonych o pomoc w wypełnieniu swojego powołania. Napisałem prośbę o wysłanie mnie do pracy misyjnej na Dominikanę. Po tym jak otrzymałem pozytywną odpowiedź 6.08.2003 r., w święto Przemienienia Pańskiego, wylądowałem na ziemi Republiki Dmominikany. Po 52 latach życia, 31 lat w Zgromadzeniu Świętego Michała Archanioła, po 25 latach ślubów zakonnych, wypełniam swoje postanowienie, którego 39 lat temu, 16 lipca się podjąłem. Za to będę dziękował do końca swego życia Bogu i Matce, Królowej Polski.

Mottem mego kapłaństwa są słowa Sługi Bożego, Ks. kard. Stefana Wyszyńskiego: "Dla oprawienia jednej Mszy świętej warto poświęcić całe swoje życie"

relacja ze święceń ks. Łepka na michalickiej stronie >>

Tekst wyedytowany: 2007-02-24 12:15:00